czwartek, 24 grudnia 2015

Moc życzeń...

          Dzisiaj tak dosłownie na chwilkę wpadłam tutaj, aby móc Wam złożyć życzenia świąteczne.


W tych dniach tak, pięknych, oczekiwanych,

gdzie gasną spory, goją się rany,
życzę  zdrowia, szczęścia, miłości.
Niech mały Jezus w sercach zagości,
szczerości duszy,
zapachu ciasta,
przyjaźni, która jak miłość  wzrasta,
kochanej twarzy, co rano budzi,
a wokół szczerych, życzliwych ludzi.




                                     Znalezione obrazy dla zapytania choinka

Uciekam :) do świętowania :)

Ps. Chciałam wrzucić fotkę swojej choinki, ale nie wyszło mi:(.

środa, 23 grudnia 2015

Co raz bliżej święta...

         Przed nami ten magiczny czas. Czas rodzinnych spotkań. Czas wspólnego kolędowania i składania życzeń. Lubię magię tych świąt... choć nieraz bywało ciężko.
W każdą wigilię razem z mężem życzyliśmy sobie, aby to były ostatnie święta bez naszego dziecka.
Dziś już wiem (wierzę), że te święta mogą być naprawdę ostatnie kiedy jesteśmy w dwójkę z naszym pieskiem. Pewnie dlatego czuję wewnętrzny spokój.
        Kilkanaście dni temu zadzwoniła znajoma, która prowadzi rodzinne pogotowie opiekuńcze. Nie miała pojęcia o naszej decyzji, jaką podjęliśmy po jej zeszłorocznym telefonie. Wiem, że ta malutka dziewczynka, dla której znajoma szukała domu, w wieku trzech miesięcy znalazła rodziców, miłość i szczęście. Tak sobie pogadałyśmy i na koniec rozmowy usłyszałam, że "czuć" ode mnie wewnętrzny spokój w kwestii rodzicielstwa.
       W poniedziałek w pracy odbyła się wigilia i jasełka. Na co dzień pracuje w szkole specjalnej. Tak więc jasełka i wigilia w naszej szkole są już tradycją. To między innymi w tym dniu mogą spotkać się emerytowani pracownicy szkoły z pozostałą społecznością szkolną.
W jasełka katecheta - reżyser wciąga nie tylko uczniów, ale również rodziców czy też nauczycieli. Co roku nasze jasełka są inne, z innym przesłaniem. Jasełka nie są u nas tradycyjne. W zeszłym roku  były one np. z perspektywy Trzech Króli, którzy w poszukiwaniu  Narodzonego Dzieciątka wybrali się w podróż po kontynentach. A w tym roku motywem przewodnim była ukazana walka Dobra ze Złem przez pryzmat kilku grzechów głównym (np. lenistwo, pycha, gniew). Oczywiście wszystkie te przedstawienia kończą się pozytywnie - Dobro wygrywa (serducha zostają oczyszczone), Trzej Królowie odnajdują Stajenkę.
Osobiście co roku biorę czynny udział w jasełkach i za każdym razem z inną rolą. I tak już byłam Archaniołem Gabrielem, Eskimosem i Maryją. W tym roku po raz kolejny byłam Maryją. Co roku są one z wielką pompą i zaproszonymi gośćmi - zastępca prezydenta, przewodniczący dzielnicy itd.
        Wigilię spędzamy u teściów. Pozostałe dwa dni świąteczne to trochę u rodziców, troszkę u teściów. Porządki zrobione, pierniczki upieczone. Jutro lepienie pierogów. A dziś strojenie choinki.
Szkoda tylko, że aura za oknem wskazuje raczej na przedwiośnie i Wielkanoc niż na zimę i Boże Narodzenie...
Uciekam. Jeszcze się odezwę.

piątek, 11 grudnia 2015

Ciąża... adopcyjna.... :)

        Witajcie, choć nie wiem czy tak naprawdę mnie ktoś tu czyta. Oczywiście tego bloga  pisze, aby pomógł mnie przejść ten czas oczekiwania, przyniósł spokój i radość z tego ważnego wydarzenia w naszym życiu.
        W poniedziałek dzwoniłam do OA. Właśnie o 12.30 zbierała się komisja w związku z naszymi kwalifikacjami. I tak dla potwierdzenia zadzwoniłam we wtorek. Nasza pani pedagog potwierdziła, że są już nasze kwalifikacje. Tak bardzo ucieszyliśmy się - kolejny sukces w tym roku :).
Tak jak pisałam wcześniej:

        kwalifikacje = II kreski na teście ciążowym.

        Jesteśmy w ciąży... adopcyjnej.... Ile będzie trwała? Pewnie tyle ile będzie potrzeba, choć mam nadzieję, że jak najkrócej! Tak bardzo się cieszymy. Osobiście szalałabym na zakupach kompletując wyprawkę. Niestety to takie trudne. Nie określiliśmy płci dziecka. Wiek dziecka do roku, a jeśli będzie rodzeństwo to chcielibyśmy, aby starsze maleństwo było w wieku do lat trzech. Tyle niewiadomych .
         W zeszłą sobotę zakupiłam maszynę do szycia :). Czas oczekiwania na Ten Telefon zamierzam wykorzystać na nabywanie nowej umiejętności. U jednej z Was podpatrzyłam bardzo fajny pomysł na zabawki. Jak tylko zdobędę jakieś doświadczenie w tej dziedzinie - pochwalę się moimi "wyrobami".

A tymczasem uciekam - za chwilkę jadę w odwiedziny do mojego najmłodszego chrześniaka. Ten mój słodki łobuziak za dwa tygodnie skończy dwa latka i jest synem mojej przyjaciółki z którą znam się i przyjaźnie prawie 18 lat :).

Miłego wieczorku :)




sobota, 5 grudnia 2015

Jeszcze chwilkę...

          Dzisiaj tylko na krótką chwileczkę...
Właśnie dzisiaj mamy już 5 grudnia i oto dzisiaj mija pierwsza miesięcznica od zakończenia kursu. Tak jak pisałam wcześniej w poniedziałek dzwonię do OA w związku z naszymi kwalifikacjami (które już powinny być). Mam nadzieję, że już będą :).
          Wczoraj kolejnej koleżance powiedziałam o naszej decyzji. Kurczę, mam duże szczęście do znajomych. Tak bardzo się ucieszyła i dopytywała o całą procedurę. I na koniec naszej rozmowy nt. usłyszałam: " to teraz tak jakbyś była w ciąży. Tylko chyba lepiej, bo nie przybierzesz na wadze;)!" Było to śmieszne i bardzo sympatyczne.

Udanej soboty :)

niedziela, 29 listopada 2015

Rocznica

          Dwa i pół roku temu wybraliśmy się do OA w naszym mieście. Wtedy szliśmy z wielką nadzieją, radością i marzeniami...Niestety OA bardzo nas do zraził do siebie. Nie liczył się człowiek i jego historia (i pomijam tu kwestię dotyczącą formalności). Mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w hipermarkecie i dokonywali wyboru i zakupu najlepszego produktu. Byliśmy zrozpaczeni. Kolejna nasza droga do macierzyństwa została zamknięta :(. A może znaleźliśmy się w nieodpowiednim czasie i miejscu?!
         Jednak los, a może "Szef" chciał inaczej?! W zeszłym roku zadzwoniła do mnie znajoma, która prowadzi Rodzinne Pogotowie Opiekuńcze. To właśnie ona swoim telefonem spowodowała, iż nasz świat znowu wywrócił się do góry nogami. To dzięki niej zaczęliśmy się zastanawiać po raz wtórny nad adopcją. W końcu decyzja zapadła: "próbujemy, ale na pewno nie w naszym OA". Internet okazał się cennym źródłem informacji. Wybór padł na ośrodek oddalony o 100 km od naszego domu.
          Po skompletowaniu wszystkich potrzebnych dokumentów i druków, które otrzymaliśmy w OA w naszym mieście, umówiłam nas na spotkanie w OA.
Tak więc, środa 26 listopada 2014 r. godzina 16.00 to ta data, która nabrała nowego znaczenia :). 

Pokonując drogę do ośrodka, byliśmy przerażeni i pełni wątpliwości: "czy to będzie dobry ośrodek?", "a co zrobimy, jeśli okaże się, że on nie spełnia naszych oczekiwań?" itd.
          Trafiliśmy do bardzo uprzejmej, uśmiechniętej, życzliwej i starszej pani pedagog. Ona okazała nam wiele wyrozumiałości i oparcia, rozwiała nasze wątpliwości. Ważny był człowiek. Przeglądała nasze zebrane dokumenty odrzucała te, których oni nie potrzebują. Nasze zdziwienie było wielkie... Pedagog też właśnie wtedy powiedziała nam, że: na maleństwo czeka się około 2-3 lata od momentu rejestracji (czyli 26.11.2014), ale jest to bliżej 2-óch lat, a na rodzeństwo jeszcze krócej :). Tak, więc rok za nami...:). Jednak muszę przyznać, że już kompletowałabym sobie wyprawkę, noo ale muszę grzecznie czekać...

          Na dzień dzisiejszy jesteśmy po szkoleniu, które zakończyło się 5 listopada br. Na przełomie listopada i grudnia ma zebrać się komisja i "pracować" nad naszymi kwalifikacjami. Tak sobie myślę, że przeczekam do mikołajek i potem zadzwonię do OA dowiedzieć się o nasze kwalifikacje.

          Wczoraj wybraliśmy się do mojego brata na andrzejki :). Mieszka jakieś 65 km od nas , tak więc zostaliśmy na noc. Wręczyliśmy mojej chrześnicy prezent mikołajkowy, który sprawił jej wiele radości :). Moja bratowa jest w drugiej ciąży :) i wczoraj oficjalnie wszystkich poinformowała, że będzie SYN. Będzie bratanek. Na razie są trzy dziewczynki (dwie córeczki siostry i jedna brata) oraz siostrzeniec mojego M. Gratulacje dla tej powiększającej się rodzinki.
I tym optymistycznym akcentem - uciekam.


środa, 11 listopada 2015

Prawie jak II kreski na teście ;)

         W czwartek 5 listopada byliśmy na szkoleniu. Tym razem była rodzina adopcyjna. O swojej historii opowiadali z dużym przejęciem, choć pierwsze maleństwo adoptowali 7 lat temu, drugie dwa lata później, a trzeciego maluszka w zeszłym roku. Cała trójka maluszków była wcześniakami, a dwoje z nich skrajnymi. Wszystko po wielu latach pracy różnych specjalistów, rehabilitantów i oczywiście rodziców skończyło się pomyślnie. Nie planowali trzeciej adopcji. Zadzwonił telefon z OA, że jest maluszek, który jest biologicznym bratem jednego z dzieci, które znalazło u Was miłość. Zgodzili się - nie chcieli rozdzielać rodzeństwa. Wszyscy są szczęśliwi, zadowoleni :)
          Było to nasze ostatnie spotkanie szkoleniowe. Tematyka szkoleń była różna, czasem bardziej ciekawe czasem mniej. To samo mogę powiedzieć o osobach prowadzących. OA pracował z nami według swojego autorskiego programu, który przewidywał 5 spotkań szkoleniowych po kilka godzin, indywidualne spotkania z psychologiem i pedagogiem. Przed rozpoczęciem szkolenia byliśmy podani "badaniom" z psychologiem i pedagogiem (tych spotkań też było troszkę). Spotkania te miały służyć nadaniu nam wstępnej kwalifikacji. Warto było zrywać się bladym świtem i jechać do OA na spotkania :). Tak więc, wszem i wobec ogłaszam: "zakończyliśmy szkolenie". 
          Tak sobie pomyślałam, może się ze mną zgodzicie może nie, ale muszę to powiedzieć:
* zakończenie szkolenia ---> para rozpoczyna świadomie starania o powiększeniu rodziny swojej
* uzyskanie kwalifikacji ---> to jak II kreski na teście ciążowym
* oczekiwanie na Ten Telefon ---> to jak ciąża
* Ten Telefon ---> poród/ pierwszy kontakt

Tak więc, oczekujemy teraz na "II kreski na teście  ciążowym" ;) czyli na kwalifikacje. Komisja zbierze się na przełomie listopada i grudnia :). Może to będą najpiękniejsze Mikołajki w naszym życiu?
Serce się cieszy, a rozum nakazuje rozsądek. Przecież to jeszcze potrwa!

          Z mamą co raz gorzej :(. Lekarze już nie mogą nic zrobić , żadnego leczenia nie będzie ( w jej stanie jest to niebezpieczne). Może jedynie przyjmować leki przeciwbólowe z morfiną. Tak bardzo się boję...

środa, 28 października 2015

Chłopiec? Dziewczynka?

          Dziś tylko na chwilkę...
W tyle głowy wciąż mam zapaloną lampkę: czy mama zdąży poznać swoje przyszłe wnuki?
Śniło mi się dzisiaj...
"Ledwo byliśmy po zakończonych szkoleniach dla przyszłych serduszkowych rodziców, a już pojawiła się dwójka dzieci dla nas :). Chłopiec i dziewczynka w wieku około roku i dwóch lat. W tym śnie - dzieci nie widziałam :(. Byłam w szoku, że tak szybko będę mamą, będziemy rodzicami! Wyściskałam naszą panią pedagog ;). Cały czas jej dziękowałam, że pamiętała o nas. Zastanawiałam się tylko: jak to możliwe?"
Szkoda, że sny w tym przypadku tak bardzo odbiegają od świata realnego :(. A może to znak, że mama zdąży?!
Czas pokaże...

          Tymczasem przed nami w przyszłym tygodniu ostatnie szkolenie na którym będzie rodzina adopcyjna opowiadać o sobie i swoim rodzicielstwie :).

Uciekam, gdyż muszę z moim psiurkiem do weterynarza jechać.

wtorek, 27 października 2015

Mama. Moja mama...

           Chciałabym ten post poświęcić mojej mamie. Pewnie zastanawiacie się dlaczego? Otóż wczoraj śniło mi się, że moja mama umarła. Nie wierzę w sny, choć czasem są prorocze (zdarzyło mi się, iż coś mi się przyśniło, a następnie to się przytrafiło) ;). I pewnie w normalnych warunkach nie przejęłabym się tym snem. Jednak od około roku moja mama umiera... :(. Umiera powoli, na raty :(. Choruje na raka trzustki. Obecnie jest po chemioterapii, radioterapii. Są przerzuty w płucach, w opłucnej zbiera się płyn. Drenaż - nie wchodzi w grę, gdyż uzbiera się później dwa razy więcej tego okropnego płynu. Zmizerniała. Osłabła fizycznie. Jej psychika również nie jest w najlepszej formie. Według mnie pogodziła się z chorobą, ale nie ze śmiercią :(. Zresztą, kto z nas chce umierać?! Jest tak dużo niewiadomych... nie wiadomo czy dożyje najbliższych świąt, czy zdąży poznać swoje kolejne wnuki (bratowa spodziewa się drugiego maluszka, a i my czekamy na nasze serduszka:)). Widzę, że mama żegna się powoli z nami i ze swoim życiem:(. W dalszym ciągu chce wiele rzeczy robić sama - uparciuch ;), zresztą zawsze taka była.
           Ostatnio przypomniało mi się, że w piwnicy na dnie szafy mam schowany zeszyt z języka polskiego z V klasy szkoły podstawowej. Jest on dla mnie bardzo cenny, gdyż w tym zeszycie mam napisaną krótką charakterystykę mojej mamy. Pamiętam, że moja praca była najciekawszą w klasie i w nagrodę na forum klasy musiałam przeczytać wypracowanie. Czytając dziś tą charaketrystykę wiem, że jest ona bardzo chaotyczna, ale nie było czasu na wielkie przemyślenia - gdy pisze się ją prawie z biegu (bez przygotowania) i na napisanie jest tylko 35 - 40 minut.
Oto ona:
"Moja mama ma siwe włosy krótkie i kręcone. Mama bardzo szybko się porusza, wszędzie jest na czas. Ma bardzo dobrą pamięć, pamięta nawet wiersze, których uczyła się kiedyś w szkole.Umie bardzo dobrze gotować, umie świetnie robić na drutach i na szydełku robi różne piękne rzeczy. Moja mama robi wszystko biegiem. Lubi bardzo czytać książki. Jest bardzo dobra, czuwa nade mną i moim rodzeństwem. Dba o nas. Mama była bardzo dobrą uczennicą. Brzydzi się przemocą. Chce, żebyśmy wyrośli na porządnych ludzi. Ja bardzo kocham moją mamą, bo kupuje mi książki do szkoły i inne rzeczy. Jak zrobię mamie przykrość, to mi wybacza."

Więcej nie zdążyłam napisać...
Mamuś, tak bardzo, bardzo Cię kocham!

wtorek, 13 października 2015

Trzy z pięciu - moje wrażenia

          Od zeszłego tygodnia zastanawiam się jak dobrze opisać moje wrażenia z naszego szkolenia. Tak więc chyba od początku - tak będzie najprościej.
          Ośrodek pracuje według swojego autorskiego programu w ramach, którego przewidział pięć całodniowych (prawie) spotkań co dwa tygodnie, jedno spotkanie z psychologiem (dotyczące naszych metod wychowawczych, wyobrażeń o dziecku/ dzieciach) oraz kilka godzin z pedagogiem prowadzącym naszą procedurę (gdzie między innymi poruszane są zasady pedagogiki).

          Szkolenie/warsztaty rozpoczęliśmy 9 września br. W zeszłym tygodniu odbyło się nasze trzecie spotkanie warsztatowe. Każde z tych spotkań podzielone jest na bloki tematyczne. I na te sześć bloków tematycznych tylko dwa były bardzo ciekawe i w 100%   dobrze przeprowadzone. Spotkania dotyczyły według mnie dość fajnych zagadnień jak między innymi: opieka i pielęgnacja maluszka. Prowadząca skupiła się przede wszystkim na ćwiczeniach praktycznych. Konkretnie i rzeczowo odpowiadała na nasze pytania. Wskazywała na co zwrócić szczególną uwagę. Pani prowadząca z wykształcenia jest pielęgniarką, dlatego poruszyła również kwestię pierwszej pomocy.
Zajęcia w zeszłym tygodniu również należały do tych ciekawych. Pani pedagog opowiadała o tym telefonie, pierwszym kontakcie :). Poruszyła również bardzo ważną kwestię: "mówić czy nie mówić dziecku, że jest adoptowane i jeśli mówimy to kiedy?" Osobiście jestem zdania, aby tak ważnego faktu nie ukrywać przed dzieckiem. Dziecko kiedyś może nam zarzucić kłamstwo: "mamo, tato uczyliście mnie prawdomówności, szczerości itd. a sami nie byliście ze mną szczerzy!" Rozmowy również powinny być dostosowane do wieku dziecka i powinny wynikać raczej naturalnie. Dzieci bardzo często zadają pytanie: "mamusiu skąd się wziąłem?" - i tu mamy szerokie pole do popisu ;). Już dziś się zastanawiam jakich słów użyję :). Dowiedzieliśmy się co kryje się pod tajemniczym pojęciem "osobista styczność". W żadnej mądrej książce, którą czytałam nie spotkałam się z tym pojęciem :(. Może i dobrze, bo okazało by się, że na wszystkich zajęciach nudzę się. I za te dwa bloki tematyczne panie prowadzące dostają ode mnie 6+.
Jedno ze spotkań prowadziła pani sędzia. Tematyka jej spotkania była ciekawa. Jednak według mnie czasowo - zajęcia były rozciągnięte niepotrzebnie. Pani sędzia wytłumaczyła nam dlaczego tak dużo dzieci ma nieuregulowaną sytuację prawną i dlaczego to tak długo trwa. Niestety wiele historii, które nam opowiadała nie były wesołe. Bardzo często dziecko w RB patologicznej często traktowane jest jak przedmiot/ karta przetargowa np. mama nie chce zajmować się dzieckiem, a ojciec siedzi w więzieniu i aby wyjść na wolność zgłasza się jako ojciec dziecka i wyraża gotowość podjęcia opieki nad nim. Sąd to musi również wziąć pod uwagę i "zbadać" całą tą dziwną sytuacją. A dziecko czeka, czeka ... 

           Na zajęcia jeździmy do państwowego OA. Jednak czasem nasz ośrodek korzysta z usług Katolickiego Ośrodka Diagnostycznego (chodzi o czas, aby nie przedłużać go niepotrzebnie) i pani sędzia opowiedziała o tym, iż zdarzyło się jej, że Katolicki Ośrodek Diagnostyczny nie wyraził zgody na adopcję dziecka przez samotną i rozwiedzioną osobę. Całe szczęście pani sędzia nie zgodziła się z ich decyzją i ta kobieta została mamą. Przecież taka osoba nie będzie gorszym rodzicem niż małżeństwo przygotowujące się do tej roli. Ja podziwiam takie osoby, bo według mnie muszą same zmierzyć się z tą całą procedurą, z emocjami które będą towarzyszyć później, z różnymi radościami i smutkami, problemami, które mogą wyniknąć. Ja mam oparcie w mężu, a taka kobieta decydującą się na samotne macierzyństwo adopcyjne? Dobrze, że Sądy są łaskawsze :) dla tych osób.
          Były również zajęcia dotyczące choroby sierocej, omawiany był również FAS. Niestety panie prowadzące były mało przygotowane. Cały czas czytały wszystko ze slajdów i niestety z ich ust nie padały adekwatne odpowiedzi na zadawane pytania. A jak usłyszałam, że dzieci z FASem mogą mieć inteligencję przeciętną to myślałam, że spadnę z krzesła. Niestety zawiodły mnie te zajęcia. W przyszłym tygodniu następne spotkanie/warsztaty przed nami. Ciekawe czego tym razem nowego się dowiem? Mam nadzieję, że będą to fajne i ciekawe zajęcia...
          Uciekam do szarości dnia dzisiejszego :)




poniedziałek, 5 października 2015

Moje rozterki...

          Od kilku dni w mojej głowie kotłują się różne myśli dotyczące dwóch pytań, które zadał mi kolega w zeszłym tygodniu. Oba pytania dotyczyły kwestii wiary. Nigdy nie zastanawiałam się na tym w tym aspekcie. A on czasem mnie przeraża. Potrafi wyczytać moje emocje, nastroje i to co dzieje się ze mną jak z otwartej książki. Jedno z tych pytań nie daje mi spokoju. Wciąż nad tym się zastanawiam. Otóż zapytał mnie: "Czy wierzysz w Boga?" - i tu odpowiedź była natychmiastowa i twierdząca. Jednak następne pytanie spadło na mnie jak grom z jasnego nieba: "Czy wierzysz Bogu?". I tu nastała długa cisza... Zaczęłam się zastanawiać... Niestety nie wierzę Bogu. Nie potrafię MU zaufać, a tak bardzo chciałabym. Chyba obraziłam się na Niego i chyba tak do końca nie pogodziłam się w moim mniemaniu z niesprawiedliwym losem :(. Mam nadzieję, że to się zmieni z czasem.

          A dzisiaj w mojej pracy moja przyjaciółka podzieliła się ze mną swoim szczęściem. Powiedziała do mnie: "wiesz ten zeszłotygodniowy rotawirus, to nie był rotawirus. Miałaś rację, będziemy rodzicami po raz trzeci." Wiem, że planowali kolejne dzieciątko. Miałam wrażenie, że moja reakcja trochę ją zaskoczyła. Większość osób z jej otoczenia zamiast pogratulować, skomentowali to dziwnym pytaniem (czy zaliczyliście wpadkę?). A ja tak na prawdę się ucieszyłam, przytuliłam ją i mówię do A. "przecież chcieliście".
          Znając już dosyć dobrze moją A., myślę, że bała się mojej reakcji i czy mnie nie urazi i nie sprawi mi w ten sposób przykrości. Na temat mojego macierzyństwa i rodzicielstwa rozmawiałyśmy i rozmawiamy dużo i często. To właśnie A. daje mi ogromne wsparcie. Tak bardzo mi/nam kibicuje. Wiem, że zawsze mogę na niej polegać. Kochana, moja A. - dziękuje, że jesteś :). Pamiętaj uwielbiam Ciebie i Twoją rodzinkę :). Trzymam kciuki za Was :)

          A ja... hmm... nie mam żalu, nie mam pustki w sercu. W sercu mam dziś tylko tęsknoty za czymś czego być może nie doświadczę. Nie potrafię poradzić sobie z uczuciami/rzeczami (nie wiem jak to nazwać) jak: ruchy maleństwa, bicie serduszka,wzrastanie nowego życia we mnie. Nie przerażają mnie zmiany zachodzące w moim organizmie. Ktoś może zarzucić mi: jak możesz tęsknić za czymś czego nie znasz?! A to przecież  instynkt macierzyński. I wciąż zadaje sobie to pytanie: "Jak z tym poradzić sobie mam?" A Wy, kochane jak sobie dałyście z tym radę?         
          Uciekam do codziennych obowiązków ;)


czwartek, 1 października 2015

Ot takie nasze marzenie...

Adopcja, adopcja, adopcja...
          Pierwsza próba nawiązania kontaktu z ośrodkiem adopcyjnym nastąpiła w marcu ponad dwa lata temu. Po długiej i wyczerpującej rozmowie z panią pedagog doszliśmy do wniosku, iż chyba ta droga rodzicielstwa również jest nie do przejścia dla nas.Nie miałam pojęcia czy damy radę przejść przez tą całą biurokrację,która przerażała mnie. Mieliśmy wrażenie, że najpierw liczą się dziwne i niepotrzebne świstki. Czuliśmy się jak w jakimś hipermarkecie, w którym wybiera się najlepszy produkt, towar. Rozumieliśmy, iż liczy się dobro dziecka i niektóre dokumenty trzeba dostarczyć, ale bez przesady. Niestety pani nie potrafiła opowiadać pięknymi słowami o macierzyństwie z serduszka. I nie chodziło nam, że ma przybliżyć nam cukierkowy świat adopcji. Pamiętam jak wyszliśmy z ośrodka - płakać chciało mi się cały czas. Doszliśmy do wniosku - "trzeba będzie nauczyć żyć się dwójkę" :(. Było to straszne...
          Jednak rok temu miej więcej o tej porze wydarzyło się coś, co pozwoliło nam wrócić do tematu na nowo. Koleżanka, która prowadzi rodzinne pogotowie opiekuńcze namieszała w naszym życiu, sercach i głowach... To przez nią, a może raczej dzięki niej :) postanowiliśmy zmierzyć się z tym wszystkim co nas przerastało, ale w innym ośrodku. Przeszukałam cały internet w poszukiwaniu najlepszego ośrodka. I udało się... znalazłam ośrodek godny polecenia. Do naszego ośrodka z pod domu mamy jakieś 100 km w jedną stronę. Warto było.
         W nowym ośrodku najpierw liczyliśmy się my, potem nasze oczekiwania, a na końcu świstki. I nasze zdziwienie było wielkie, gdy pani pedagog przeglądała nasze dokumenty. Okazało się, że wiele dokumentów - oni nie potrzebują. Wyszliśmy pełni nadziei i z głową pełną marzeń,szczęśliwi :). W końcu, ktoś nas rozumie:)
          W chwili obecnej adopcja wydaje nam się jedynym rozwiązaniem i dzięki zmianie ośrodka wierzymy, że jesteśmy gotowi podjąć wyzwanie. Wyzwanie jakim jest podjęcie odpowiedzialności za prawidłowy rozwój emocjonalny, zdrowotny, wychowanie i wykształcenie naszych przyszłych dzieci. Naszym dzieciom chcemy dać przede wszystkim miłość i szczęśliwy dom :). Chcemy przekazać im wiele ważnych wartości, które wpoili nam nasi rodzicie. Chcemy być dla nich wzorem i przykładem kochającej się rodziny. Pragniemy wprowadzić w życie naszych dzieci radość, spokój ducha i szczęście. Ot takie nasze marzenie...




niedziela, 27 września 2015

Wspomnień czar II

          I tak oto rozpoczęliśmy przygotowania do tego ważnego dnia w naszym życiu. Tak jak pisałam liczba "13" cały czas nam towarzyszyła. A więc trzynastego pewnego miesiąca o godzinie trzynastej ślubowaliśmy sobie: miłość, wierność i uczciwość małżeńską.
Od tamtego dnia idziemy razem przez życie...
          Postanowiliśmy, że zaraz po ślubie będziemy "pracować" nad powiększeniem naszej malutkiej rodzinki. Przez pierwszy rok nie zrażeni pierwszymi niepowodzeniami rozwoju rodziny pomyślnie układaliśmy swoje życie zawodowe.  
Nasze marzenia, co do kształtu rodziny były zbieżne. Oboje pragnęliśmy trójki dzieci, domu z ogródkiem i psa :). Niestety zderzenie z rzeczywistością okazało się brutalne. Po ponad roku od naszego ślubu, gdy nadal nie udawało się powiększyć naszej rodziny rozpoczęliśmy diagnostykę naszego problemu. Pomimo wielu badań, zabiegów i konsultacji lekarskich z różnymi specjalistami do dnia dzisiejszego nie poznaliśmy stuprocentowej przyczyny naszych niepowodzeń.
Chęć posiadania dziecka była tak wielka, iż niejednokrotnie towarzyszyła nam huśtawka nastrojów - od frustracji, żalu, gniewu, buntu po dni pełne nadziei na realizację naszych marzeń. Z wielkim trudem przyjmowaliśmy kolejne informacje o ciążach w rodzinie czy też w gronie znajomych - z jednej strony cieszyliśmy się z nimi ich szczęściem, a z drugiej strony zastanawialiśmy się kiedy przyjdzie nasza kolej... 

         Adopcja w naszym małżeństwie nie była tematem tabu. Niejednokrotnie powtarzaliśmy, iż w przypadku, gdy nie będziemy mogli mieć swojego biologicznego potomstwa rozważymy adopcję... 

         Tymczasem uciekam do mojego rękodzieła ;), miłej niedzieli :)





sobota, 26 września 2015

Wspomnień czar...

Dzisiaj tak jakoś wzięło mnie na wspomnienia... ach

          Z moim kochanym M znamy się bardzo długo. Oboje byliśmy uczniami tej samej szkoły podstawowej i klasy również ;). Już wtedy zwróciliśmy na siebie uwagę. Mojemu przyszłemu mężowi podobały się moje rumieńce i długie włosy. Mnie spodobał się jego uśmiech, inteligencja oraz upór w dążeniu do celu. Pamiętam jak wtedy wyznawał mi już  miłość - rysował obrazki na których darował mi swoje serducho, gdzieś na dachu swojego domu również napisał wyzwanie. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy jaki Skarb, kręci się wokół mnie :). Były to takie pierwsze ważniejsze szkolne miłości. Po ukończeniu szkoły podstawowej każdy z nas poszedł w swoją stronę i kontakt powoli się urywał. A całkowicie urwał się w momencie , gdy wyjechałam na studia poza rodzinną miejscowość. To był czas kosztowania i smakowania życia...
          Po raz kolejny spotkaliśmy się przypadkiem - u naszej nauczycielki ze szkoły podstawowej. To On mnie poznał - co prawda po głosie ;).  A ja - niestety nie poznałam Go :(. Jednak dostał mój nr telefonu od nauczycielki i tak się zaczęło wszystko na nowo ;). Od tamtego zdarzenia minęło blisko dziesięć lat, a siedem już (a może dopiero?) po ślubie.
         Przez cały czas towarzyszyła nam liczba "13". Tak więc, mój Kochany postanowił mi się oświadczyć trzynastego w trzynasty miesiąc bycia razem. Mieszkałam już wtedy sama w moim niewielkim mieszkaniu. Oj bardzo się postarał... Od parteru aż na drugie piętro były rozsypane płatki róż (nie wiedziałam, że to dla mnie - i szłam po nich tak delikatuśnie, by nie zepsuć czyjejś dekoracji). A w mieszkaniu  znowu płatki róż, płonące świece i nasza ulubiona muzyka oraz kolacja przy świecach. Byłam oszołomiona, że praktycznie niewiele zjadłam. I w końcu klęknął przede mną i zadał właśnie to pytanie: "czy zostaniesz moją żoną?". Zgodziłam się bez wahania ;).
To był początek do naszego wspólnego życia :)
cdn.


czwartek, 24 września 2015

...3,2,1 start

Witajcie.

Długo zastanawiałam się nad założeniem tego bloga. Klamka zapadła. Rozpoczynam  "wyzwanie". Jeszcze tylko muszę to tutaj wszystko "połapać", by móc dokonywać  wpisów. Dlatego też proszę o cierpliwość ;).
Na dziś to tyle. Odezwę się niebawem :)