Dziś tylko na chwilkę...
W tyle głowy wciąż mam zapaloną lampkę: czy mama zdąży poznać swoje przyszłe wnuki?
Śniło mi się dzisiaj...
"Ledwo byliśmy po zakończonych szkoleniach dla przyszłych serduszkowych rodziców, a już pojawiła się dwójka dzieci dla nas :). Chłopiec i dziewczynka w wieku około roku i dwóch lat. W tym śnie - dzieci nie widziałam :(. Byłam w szoku, że tak szybko będę mamą, będziemy rodzicami! Wyściskałam naszą panią pedagog ;). Cały czas jej dziękowałam, że pamiętała o nas. Zastanawiałam się tylko: jak to możliwe?"
Szkoda, że sny w tym przypadku tak bardzo odbiegają od świata realnego :(. A może to znak, że mama zdąży?!
Czas pokaże...
Tymczasem przed nami w przyszłym tygodniu ostatnie szkolenie na którym będzie rodzina adopcyjna opowiadać o sobie i swoim rodzicielstwie :).
Uciekam, gdyż muszę z moim psiurkiem do weterynarza jechać.
środa, 28 października 2015
wtorek, 27 października 2015
Mama. Moja mama...
Chciałabym ten post poświęcić mojej mamie. Pewnie zastanawiacie się dlaczego? Otóż wczoraj śniło mi się, że moja mama umarła. Nie wierzę w sny, choć czasem są prorocze (zdarzyło mi się, iż coś mi się przyśniło, a następnie to się przytrafiło) ;). I pewnie w normalnych warunkach nie przejęłabym się tym snem. Jednak od około roku moja mama umiera... :(. Umiera powoli, na raty :(. Choruje na raka trzustki. Obecnie jest po chemioterapii, radioterapii. Są przerzuty w płucach, w opłucnej zbiera się płyn. Drenaż - nie wchodzi w grę, gdyż uzbiera się później dwa razy więcej tego okropnego płynu. Zmizerniała. Osłabła fizycznie. Jej psychika również nie jest w najlepszej formie. Według mnie pogodziła się z chorobą, ale nie ze śmiercią :(. Zresztą, kto z nas chce umierać?! Jest tak dużo niewiadomych... nie wiadomo czy dożyje najbliższych świąt, czy zdąży poznać swoje kolejne wnuki (bratowa spodziewa się drugiego maluszka, a i my czekamy na nasze serduszka:)). Widzę, że mama żegna się powoli z nami i ze swoim życiem:(. W dalszym ciągu chce wiele rzeczy robić sama - uparciuch ;), zresztą zawsze taka była.
Ostatnio przypomniało mi się, że w piwnicy na dnie szafy mam schowany zeszyt z języka polskiego z V klasy szkoły podstawowej. Jest on dla mnie bardzo cenny, gdyż w tym zeszycie mam napisaną krótką charakterystykę mojej mamy. Pamiętam, że moja praca była najciekawszą w klasie i w nagrodę na forum klasy musiałam przeczytać wypracowanie. Czytając dziś tą charaketrystykę wiem, że jest ona bardzo chaotyczna, ale nie było czasu na wielkie przemyślenia - gdy pisze się ją prawie z biegu (bez przygotowania) i na napisanie jest tylko 35 - 40 minut.
Oto ona:
"Moja mama ma siwe włosy krótkie i kręcone. Mama bardzo szybko się porusza, wszędzie jest na czas. Ma bardzo dobrą pamięć, pamięta nawet wiersze, których uczyła się kiedyś w szkole.Umie bardzo dobrze gotować, umie świetnie robić na drutach i na szydełku robi różne piękne rzeczy. Moja mama robi wszystko biegiem. Lubi bardzo czytać książki. Jest bardzo dobra, czuwa nade mną i moim rodzeństwem. Dba o nas. Mama była bardzo dobrą uczennicą. Brzydzi się przemocą. Chce, żebyśmy wyrośli na porządnych ludzi. Ja bardzo kocham moją mamą, bo kupuje mi książki do szkoły i inne rzeczy. Jak zrobię mamie przykrość, to mi wybacza."
Więcej nie zdążyłam napisać...
Mamuś, tak bardzo, bardzo Cię kocham!
Ostatnio przypomniało mi się, że w piwnicy na dnie szafy mam schowany zeszyt z języka polskiego z V klasy szkoły podstawowej. Jest on dla mnie bardzo cenny, gdyż w tym zeszycie mam napisaną krótką charakterystykę mojej mamy. Pamiętam, że moja praca była najciekawszą w klasie i w nagrodę na forum klasy musiałam przeczytać wypracowanie. Czytając dziś tą charaketrystykę wiem, że jest ona bardzo chaotyczna, ale nie było czasu na wielkie przemyślenia - gdy pisze się ją prawie z biegu (bez przygotowania) i na napisanie jest tylko 35 - 40 minut.
Oto ona:
"Moja mama ma siwe włosy krótkie i kręcone. Mama bardzo szybko się porusza, wszędzie jest na czas. Ma bardzo dobrą pamięć, pamięta nawet wiersze, których uczyła się kiedyś w szkole.Umie bardzo dobrze gotować, umie świetnie robić na drutach i na szydełku robi różne piękne rzeczy. Moja mama robi wszystko biegiem. Lubi bardzo czytać książki. Jest bardzo dobra, czuwa nade mną i moim rodzeństwem. Dba o nas. Mama była bardzo dobrą uczennicą. Brzydzi się przemocą. Chce, żebyśmy wyrośli na porządnych ludzi. Ja bardzo kocham moją mamą, bo kupuje mi książki do szkoły i inne rzeczy. Jak zrobię mamie przykrość, to mi wybacza."
Więcej nie zdążyłam napisać...
Mamuś, tak bardzo, bardzo Cię kocham!
wtorek, 13 października 2015
Trzy z pięciu - moje wrażenia
Od zeszłego tygodnia zastanawiam się jak dobrze opisać moje wrażenia z naszego szkolenia. Tak więc chyba od początku - tak będzie najprościej.
Ośrodek pracuje według swojego autorskiego programu w ramach, którego przewidział pięć całodniowych (prawie) spotkań co dwa tygodnie, jedno spotkanie z psychologiem (dotyczące naszych metod wychowawczych, wyobrażeń o dziecku/ dzieciach) oraz kilka godzin z pedagogiem prowadzącym naszą procedurę (gdzie między innymi poruszane są zasady pedagogiki).
Szkolenie/warsztaty rozpoczęliśmy 9 września br. W zeszłym tygodniu odbyło się nasze trzecie spotkanie warsztatowe. Każde z tych spotkań podzielone jest na bloki tematyczne. I na te sześć bloków tematycznych tylko dwa były bardzo ciekawe i w 100% dobrze przeprowadzone. Spotkania dotyczyły według mnie dość fajnych zagadnień jak między innymi: opieka i pielęgnacja maluszka. Prowadząca skupiła się przede wszystkim na ćwiczeniach praktycznych. Konkretnie i rzeczowo odpowiadała na nasze pytania. Wskazywała na co zwrócić szczególną uwagę. Pani prowadząca z wykształcenia jest pielęgniarką, dlatego poruszyła również kwestię pierwszej pomocy.
Zajęcia w zeszłym tygodniu również należały do tych ciekawych. Pani pedagog opowiadała o tym telefonie, pierwszym kontakcie :). Poruszyła również bardzo ważną kwestię: "mówić czy nie mówić dziecku, że jest adoptowane i jeśli mówimy to kiedy?" Osobiście jestem zdania, aby tak ważnego faktu nie ukrywać przed dzieckiem. Dziecko kiedyś może nam zarzucić kłamstwo: "mamo, tato uczyliście mnie prawdomówności, szczerości itd. a sami nie byliście ze mną szczerzy!" Rozmowy również powinny być dostosowane do wieku dziecka i powinny wynikać raczej naturalnie. Dzieci bardzo często zadają pytanie: "mamusiu skąd się wziąłem?" - i tu mamy szerokie pole do popisu ;). Już dziś się zastanawiam jakich słów użyję :). Dowiedzieliśmy się co kryje się pod tajemniczym pojęciem "osobista styczność". W żadnej mądrej książce, którą czytałam nie spotkałam się z tym pojęciem :(. Może i dobrze, bo okazało by się, że na wszystkich zajęciach nudzę się. I za te dwa bloki tematyczne panie prowadzące dostają ode mnie 6+.
Jedno ze spotkań prowadziła pani sędzia. Tematyka jej spotkania była ciekawa. Jednak według mnie czasowo - zajęcia były rozciągnięte niepotrzebnie. Pani sędzia wytłumaczyła nam dlaczego tak dużo dzieci ma nieuregulowaną sytuację prawną i dlaczego to tak długo trwa. Niestety wiele historii, które nam opowiadała nie były wesołe. Bardzo często dziecko w RB patologicznej często traktowane jest jak przedmiot/ karta przetargowa np. mama nie chce zajmować się dzieckiem, a ojciec siedzi w więzieniu i aby wyjść na wolność zgłasza się jako ojciec dziecka i wyraża gotowość podjęcia opieki nad nim. Sąd to musi również wziąć pod uwagę i "zbadać" całą tą dziwną sytuacją. A dziecko czeka, czeka ...
Na zajęcia jeździmy do państwowego OA. Jednak czasem nasz ośrodek korzysta z usług Katolickiego Ośrodka Diagnostycznego (chodzi o czas, aby nie przedłużać go niepotrzebnie) i pani sędzia opowiedziała o tym, iż zdarzyło się jej, że Katolicki Ośrodek Diagnostyczny nie wyraził zgody na adopcję dziecka przez samotną i rozwiedzioną osobę. Całe szczęście pani sędzia nie zgodziła się z ich decyzją i ta kobieta została mamą. Przecież taka osoba nie będzie gorszym rodzicem niż małżeństwo przygotowujące się do tej roli. Ja podziwiam takie osoby, bo według mnie muszą same zmierzyć się z tą całą procedurą, z emocjami które będą towarzyszyć później, z różnymi radościami i smutkami, problemami, które mogą wyniknąć. Ja mam oparcie w mężu, a taka kobieta decydującą się na samotne macierzyństwo adopcyjne? Dobrze, że Sądy są łaskawsze :) dla tych osób.
Były również zajęcia dotyczące choroby sierocej, omawiany był również FAS. Niestety panie prowadzące były mało przygotowane. Cały czas czytały wszystko ze slajdów i niestety z ich ust nie padały adekwatne odpowiedzi na zadawane pytania. A jak usłyszałam, że dzieci z FASem mogą mieć inteligencję przeciętną to myślałam, że spadnę z krzesła. Niestety zawiodły mnie te zajęcia. W przyszłym tygodniu następne spotkanie/warsztaty przed nami. Ciekawe czego tym razem nowego się dowiem? Mam nadzieję, że będą to fajne i ciekawe zajęcia...
Uciekam do szarości dnia dzisiejszego :)
Ośrodek pracuje według swojego autorskiego programu w ramach, którego przewidział pięć całodniowych (prawie) spotkań co dwa tygodnie, jedno spotkanie z psychologiem (dotyczące naszych metod wychowawczych, wyobrażeń o dziecku/ dzieciach) oraz kilka godzin z pedagogiem prowadzącym naszą procedurę (gdzie między innymi poruszane są zasady pedagogiki).
Szkolenie/warsztaty rozpoczęliśmy 9 września br. W zeszłym tygodniu odbyło się nasze trzecie spotkanie warsztatowe. Każde z tych spotkań podzielone jest na bloki tematyczne. I na te sześć bloków tematycznych tylko dwa były bardzo ciekawe i w 100% dobrze przeprowadzone. Spotkania dotyczyły według mnie dość fajnych zagadnień jak między innymi: opieka i pielęgnacja maluszka. Prowadząca skupiła się przede wszystkim na ćwiczeniach praktycznych. Konkretnie i rzeczowo odpowiadała na nasze pytania. Wskazywała na co zwrócić szczególną uwagę. Pani prowadząca z wykształcenia jest pielęgniarką, dlatego poruszyła również kwestię pierwszej pomocy.
Zajęcia w zeszłym tygodniu również należały do tych ciekawych. Pani pedagog opowiadała o tym telefonie, pierwszym kontakcie :). Poruszyła również bardzo ważną kwestię: "mówić czy nie mówić dziecku, że jest adoptowane i jeśli mówimy to kiedy?" Osobiście jestem zdania, aby tak ważnego faktu nie ukrywać przed dzieckiem. Dziecko kiedyś może nam zarzucić kłamstwo: "mamo, tato uczyliście mnie prawdomówności, szczerości itd. a sami nie byliście ze mną szczerzy!" Rozmowy również powinny być dostosowane do wieku dziecka i powinny wynikać raczej naturalnie. Dzieci bardzo często zadają pytanie: "mamusiu skąd się wziąłem?" - i tu mamy szerokie pole do popisu ;). Już dziś się zastanawiam jakich słów użyję :). Dowiedzieliśmy się co kryje się pod tajemniczym pojęciem "osobista styczność". W żadnej mądrej książce, którą czytałam nie spotkałam się z tym pojęciem :(. Może i dobrze, bo okazało by się, że na wszystkich zajęciach nudzę się. I za te dwa bloki tematyczne panie prowadzące dostają ode mnie 6+.
Jedno ze spotkań prowadziła pani sędzia. Tematyka jej spotkania była ciekawa. Jednak według mnie czasowo - zajęcia były rozciągnięte niepotrzebnie. Pani sędzia wytłumaczyła nam dlaczego tak dużo dzieci ma nieuregulowaną sytuację prawną i dlaczego to tak długo trwa. Niestety wiele historii, które nam opowiadała nie były wesołe. Bardzo często dziecko w RB patologicznej często traktowane jest jak przedmiot/ karta przetargowa np. mama nie chce zajmować się dzieckiem, a ojciec siedzi w więzieniu i aby wyjść na wolność zgłasza się jako ojciec dziecka i wyraża gotowość podjęcia opieki nad nim. Sąd to musi również wziąć pod uwagę i "zbadać" całą tą dziwną sytuacją. A dziecko czeka, czeka ...
Na zajęcia jeździmy do państwowego OA. Jednak czasem nasz ośrodek korzysta z usług Katolickiego Ośrodka Diagnostycznego (chodzi o czas, aby nie przedłużać go niepotrzebnie) i pani sędzia opowiedziała o tym, iż zdarzyło się jej, że Katolicki Ośrodek Diagnostyczny nie wyraził zgody na adopcję dziecka przez samotną i rozwiedzioną osobę. Całe szczęście pani sędzia nie zgodziła się z ich decyzją i ta kobieta została mamą. Przecież taka osoba nie będzie gorszym rodzicem niż małżeństwo przygotowujące się do tej roli. Ja podziwiam takie osoby, bo według mnie muszą same zmierzyć się z tą całą procedurą, z emocjami które będą towarzyszyć później, z różnymi radościami i smutkami, problemami, które mogą wyniknąć. Ja mam oparcie w mężu, a taka kobieta decydującą się na samotne macierzyństwo adopcyjne? Dobrze, że Sądy są łaskawsze :) dla tych osób.
Były również zajęcia dotyczące choroby sierocej, omawiany był również FAS. Niestety panie prowadzące były mało przygotowane. Cały czas czytały wszystko ze slajdów i niestety z ich ust nie padały adekwatne odpowiedzi na zadawane pytania. A jak usłyszałam, że dzieci z FASem mogą mieć inteligencję przeciętną to myślałam, że spadnę z krzesła. Niestety zawiodły mnie te zajęcia. W przyszłym tygodniu następne spotkanie/warsztaty przed nami. Ciekawe czego tym razem nowego się dowiem? Mam nadzieję, że będą to fajne i ciekawe zajęcia...
Uciekam do szarości dnia dzisiejszego :)
poniedziałek, 5 października 2015
Moje rozterki...
Od kilku dni w mojej głowie kotłują się różne myśli dotyczące dwóch pytań, które zadał mi kolega w zeszłym tygodniu. Oba pytania dotyczyły kwestii wiary. Nigdy nie zastanawiałam się na tym w tym aspekcie. A on czasem mnie przeraża. Potrafi wyczytać moje emocje, nastroje i to co dzieje się ze mną jak z otwartej książki. Jedno z tych pytań nie daje mi spokoju. Wciąż nad tym się zastanawiam. Otóż zapytał mnie: "Czy wierzysz w Boga?" - i tu odpowiedź była natychmiastowa i twierdząca. Jednak następne pytanie spadło na mnie jak grom z jasnego nieba: "Czy wierzysz Bogu?". I tu nastała długa cisza... Zaczęłam się zastanawiać... Niestety nie wierzę Bogu. Nie potrafię MU zaufać, a tak bardzo chciałabym. Chyba obraziłam się na Niego i chyba tak do końca nie pogodziłam się w moim mniemaniu z niesprawiedliwym losem :(. Mam nadzieję, że to się zmieni z czasem.
A dzisiaj w mojej pracy moja przyjaciółka podzieliła się ze mną swoim szczęściem. Powiedziała do mnie: "wiesz ten zeszłotygodniowy rotawirus, to nie był rotawirus. Miałaś rację, będziemy rodzicami po raz trzeci." Wiem, że planowali kolejne dzieciątko. Miałam wrażenie, że moja reakcja trochę ją zaskoczyła. Większość osób z jej otoczenia zamiast pogratulować, skomentowali to dziwnym pytaniem (czy zaliczyliście wpadkę?). A ja tak na prawdę się ucieszyłam, przytuliłam ją i mówię do A. "przecież chcieliście".
Znając już dosyć dobrze moją A., myślę, że bała się mojej reakcji i czy mnie nie urazi i nie sprawi mi w ten sposób przykrości. Na temat mojego macierzyństwa i rodzicielstwa rozmawiałyśmy i rozmawiamy dużo i często. To właśnie A. daje mi ogromne wsparcie. Tak bardzo mi/nam kibicuje. Wiem, że zawsze mogę na niej polegać. Kochana, moja A. - dziękuje, że jesteś :). Pamiętaj uwielbiam Ciebie i Twoją rodzinkę :). Trzymam kciuki za Was :)
A ja... hmm... nie mam żalu, nie mam pustki w sercu. W sercu mam dziś tylko tęsknoty za czymś czego być może nie doświadczę. Nie potrafię poradzić sobie z uczuciami/rzeczami (nie wiem jak to nazwać) jak: ruchy maleństwa, bicie serduszka,wzrastanie nowego życia we mnie. Nie przerażają mnie zmiany zachodzące w moim organizmie. Ktoś może zarzucić mi: jak możesz tęsknić za czymś czego nie znasz?! A to przecież instynkt macierzyński. I wciąż zadaje sobie to pytanie: "Jak z tym poradzić sobie mam?" A Wy, kochane jak sobie dałyście z tym radę?
Uciekam do codziennych obowiązków ;)
Uciekam do codziennych obowiązków ;)
czwartek, 1 października 2015
Ot takie nasze marzenie...
Adopcja, adopcja, adopcja...
Pierwsza próba nawiązania kontaktu z ośrodkiem adopcyjnym nastąpiła w marcu ponad dwa lata temu. Po długiej i wyczerpującej rozmowie z panią pedagog doszliśmy do wniosku, iż chyba ta droga rodzicielstwa również jest nie do przejścia dla nas.Nie miałam pojęcia czy damy radę przejść przez tą całą biurokrację,która przerażała mnie. Mieliśmy wrażenie, że najpierw liczą się dziwne i niepotrzebne świstki. Czuliśmy się jak w jakimś hipermarkecie, w którym wybiera się najlepszy produkt, towar. Rozumieliśmy, iż liczy się dobro dziecka i niektóre dokumenty trzeba dostarczyć, ale bez przesady. Niestety pani nie potrafiła opowiadać pięknymi słowami o macierzyństwie z serduszka. I nie chodziło nam, że ma przybliżyć nam cukierkowy świat adopcji. Pamiętam jak wyszliśmy z ośrodka - płakać chciało mi się cały czas. Doszliśmy do wniosku - "trzeba będzie nauczyć żyć się dwójkę" :(. Było to straszne...
Jednak rok temu miej więcej o tej porze wydarzyło się coś, co pozwoliło nam wrócić do tematu na nowo. Koleżanka, która prowadzi rodzinne pogotowie opiekuńcze namieszała w naszym życiu, sercach i głowach... To przez nią, a może raczej dzięki niej :) postanowiliśmy zmierzyć się z tym wszystkim co nas przerastało, ale w innym ośrodku. Przeszukałam cały internet w poszukiwaniu najlepszego ośrodka. I udało się... znalazłam ośrodek godny polecenia. Do naszego ośrodka z pod domu mamy jakieś 100 km w jedną stronę. Warto było.
W nowym ośrodku najpierw liczyliśmy się my, potem nasze oczekiwania, a na końcu świstki. I nasze zdziwienie było wielkie, gdy pani pedagog przeglądała nasze dokumenty. Okazało się, że wiele dokumentów - oni nie potrzebują. Wyszliśmy pełni nadziei i z głową pełną marzeń,szczęśliwi :). W końcu, ktoś nas rozumie:)
W chwili obecnej adopcja wydaje nam się jedynym rozwiązaniem i dzięki zmianie ośrodka wierzymy, że jesteśmy gotowi podjąć wyzwanie. Wyzwanie jakim jest podjęcie odpowiedzialności za prawidłowy rozwój emocjonalny, zdrowotny, wychowanie i wykształcenie naszych przyszłych dzieci. Naszym dzieciom chcemy dać przede wszystkim miłość i szczęśliwy dom :). Chcemy przekazać im wiele ważnych wartości, które wpoili nam nasi rodzicie. Chcemy być dla nich wzorem i przykładem kochającej się rodziny. Pragniemy wprowadzić w życie naszych dzieci radość, spokój ducha i szczęście. Ot takie nasze marzenie...
Pierwsza próba nawiązania kontaktu z ośrodkiem adopcyjnym nastąpiła w marcu ponad dwa lata temu. Po długiej i wyczerpującej rozmowie z panią pedagog doszliśmy do wniosku, iż chyba ta droga rodzicielstwa również jest nie do przejścia dla nas.Nie miałam pojęcia czy damy radę przejść przez tą całą biurokrację,która przerażała mnie. Mieliśmy wrażenie, że najpierw liczą się dziwne i niepotrzebne świstki. Czuliśmy się jak w jakimś hipermarkecie, w którym wybiera się najlepszy produkt, towar. Rozumieliśmy, iż liczy się dobro dziecka i niektóre dokumenty trzeba dostarczyć, ale bez przesady. Niestety pani nie potrafiła opowiadać pięknymi słowami o macierzyństwie z serduszka. I nie chodziło nam, że ma przybliżyć nam cukierkowy świat adopcji. Pamiętam jak wyszliśmy z ośrodka - płakać chciało mi się cały czas. Doszliśmy do wniosku - "trzeba będzie nauczyć żyć się dwójkę" :(. Było to straszne...
Jednak rok temu miej więcej o tej porze wydarzyło się coś, co pozwoliło nam wrócić do tematu na nowo. Koleżanka, która prowadzi rodzinne pogotowie opiekuńcze namieszała w naszym życiu, sercach i głowach... To przez nią, a może raczej dzięki niej :) postanowiliśmy zmierzyć się z tym wszystkim co nas przerastało, ale w innym ośrodku. Przeszukałam cały internet w poszukiwaniu najlepszego ośrodka. I udało się... znalazłam ośrodek godny polecenia. Do naszego ośrodka z pod domu mamy jakieś 100 km w jedną stronę. Warto było.
W nowym ośrodku najpierw liczyliśmy się my, potem nasze oczekiwania, a na końcu świstki. I nasze zdziwienie było wielkie, gdy pani pedagog przeglądała nasze dokumenty. Okazało się, że wiele dokumentów - oni nie potrzebują. Wyszliśmy pełni nadziei i z głową pełną marzeń,szczęśliwi :). W końcu, ktoś nas rozumie:)
W chwili obecnej adopcja wydaje nam się jedynym rozwiązaniem i dzięki zmianie ośrodka wierzymy, że jesteśmy gotowi podjąć wyzwanie. Wyzwanie jakim jest podjęcie odpowiedzialności za prawidłowy rozwój emocjonalny, zdrowotny, wychowanie i wykształcenie naszych przyszłych dzieci. Naszym dzieciom chcemy dać przede wszystkim miłość i szczęśliwy dom :). Chcemy przekazać im wiele ważnych wartości, które wpoili nam nasi rodzicie. Chcemy być dla nich wzorem i przykładem kochającej się rodziny. Pragniemy wprowadzić w życie naszych dzieci radość, spokój ducha i szczęście. Ot takie nasze marzenie...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)